Zaczęło się wszystko w Zbilutce…

Była sobota, godziny przedpołudniowe 25 maja 1935 roku. Wtedy ujrzałem pierwszy raz światło dzienne. Moim miejscem urodzenia jest mała wioska Zbilutka, leżąca między Staszowem, Łagowem i Iwaniskami. Piękna okolica, piękne tereny.

Dalej był Opatów z Kolegiatą, Święty Krzyż z relikwiami drzewa krzyżowego, Sandomierz z wieloma zabytkami. Trzeba wspomnieć o Rakowie, odległym o 7 km, który zasłynął przez działalność braci Arian.

Z najmłodszych lat w mojej pamięci pozostał wybuch II wojny światowej. Pamiętam bombardowania, palące się zagrody, łuny pożarów w bliższych i dalszych okolicach. Ojciec, który wiedział dużo o wojnie, powiedział: „Niemcy napadli na Polskę”.

W czasie okupacji nasz dom był miejscem zbiórek i spotkań. Mój brat Jan należał do AK. Jakoś w tym nawet uczestniczyłem, obserwowałem dziwnie ubranych mężczyzn, uzbrojonych w karabiny, pistolety maszynowe i granaty. Mówili krótkimi, urywanymi zdaniami, cicho – wieczorem wyruszali do lasu. Często ktoś z nieznajomych przychodził, krótka rozmowa, potem znikali. Kiedyś pojawiła się inna grupa wojskowych. Byli to Niemcy. Krzyczeli głośno łamaną polszczyzną – gdzie jest gospodarz, gdzie są synowie. Mama odpowiadała że wyjechali.

Pewnego razu zdarzyła mi się przygoda. Zakradłem się do stodoły, w której przechowywano broń. Z kryjówki wyciągnąłem jakiś karabin, bacznie przyglądałem się jak został zrobiony. Próbowałem uruchomić zamek i w pewnym momencie całkowicie go odłączyłem. Bardzo się zdenerwowałem, bo nie mogłem włożyć zamka na swoje miejsce.

Pamiętam jak latem 44 roku, spadały obok naszego domu pociski – „katiusze”. Jeden spadł przed domem, inny za domem. Postanowiliśmy, że musimy uciekać. Ale ojciec uparł się zostać i pilnować gospodarstwa. Udaliśmy się więc w kierunku Bogorii. Tam się okazało, że też jest front. Żyliśmy między jednym a drugim frontem. Gdzie się nie poszło tam latały samoloty, spadały pociski…

I jeszcze jedna, dość niezwykła sytuacja. Pewnego razu do naszego domu przyszedł Niemiec. Przyjechał furmanką. W domu była jedna duża izba z łóżkami. Ja, mały chłopak, siedziałem na łóżku, a on pytał, łamaną polszczyzną, o gospodarza i jego dzieci. Mama powiedziała, że starsze córki wyjechały na roboty do Niemiec i tam pracują. A on ciągle dopytywał się, gdzie jest ojciec. W pewnym momencie głęboko się zamyślił, postawił karabin obok łóżka i wyszedł. Mama za nim wybiegła wołając, że zostawił broń. To taki obrazek z tych wojennych lat.

W domu czytane były książki. Czytali rodzice lub moje starsze rodzeństwo. Były to opowieści, które robiły na mnie ogromne wrażenie. Czytano „Trylogię” Sienkiewicza i wszystko to, co miało charakter patriotyczny. Ale były też legendy i żywoty świętych, np. o św. Genowefie. Pamiętam opisy przyrody, architektury, zamków, wnętrz. To wszystko sobie wyobrażałem, budowałem z tego własne, wyimaginowane konstrukcje. Wywoływało to u mnie zachwyt, który dawał niesamowite przeżycia, do tego stopnia, że zrywałem się w nocy z gorączką i krzyczałem. Te skojarzenia typu malarskiego były powodem, że zacząłem kopiować obrazy. Jeszcze nie chodziłem do szkoły, dostałem akwarele i nimi zrobiłem kopię obrazu Serca Pana Jezusa, który wisiał wtedy u nas w domu, a który mam u siebie do tej pory.

Kiedyś zrobiłem skrzypce. A skłoniła mnie do tego ciekawość budowy tego instrumentu. Lubiłem przyglądać się zabawom, weselom i różnego rodzaju uroczystościom kościelnym, których ważnym elementem była muzyka, pozostająca do dziś inspiracją wielu moich twórczych pomysłów i realizacji.

Jako mały chłopiec podejmowałem różne rzeźbiarskie próby. Obok domu, na sąsiedniej działce był staw. Tam oczywiście była glina. Ta glina była świetną materią do klejenia ptaszków i zwierzątek. Potem to suszyłem na słońcu, ale gdy przychodził deszcz, wszystko się rozsypywało. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wyroby z gliny można wypalać. A mogłem to robić choćby w ognisku.

Rodzice z uśmiechem patrzyli na te moje malarsko-rzeźbiarskie próby, i żartobliwie mówili, że coś chyba musi być ze mną nie w porządku. Również koledzy nie podzielali moich pasji. Od zawsze byłem takim trochę samotnikiem.

Ojciec był człowiekiem, który bardzo troszczył się o swoją rodzinę i bardzo pobożnym. Rano co niedziela śpiewał godzinki do Najświętszej Maryi Panny. Potem ubierał się i wszyscy szli razem do kościoła. Ojciec służył w wojsku i był przez 6 lat w niewoli rosyjskiej. Miał bardzo trudne życie. Zmarł w 1948 roku, mając 60 lat.

Moja matka była bardzo pracowitą i pobożną kobietą, dbającą o dobro swoich dzieci. Będąc w liceum często przyjeżdżałem, żeby jej pomagać. Jeździłem na przykład do lasu po drzewo. Mama zmarła w 2000 roku, mając 102 lata. Do końca życia mieszkała w Zbilutce. Matka to dla mnie wielka miłość. Narysowałem kilka rysunków swojej mamy.

Moim pierwszym kontaktem ze sztuką był kościół. Pamiętam rzeźbę Chrystusa z kościoła w mojej parafii. W tym krucyfiksie zachowała się cała seria kul (strzelali Rosjanie). Dla mnie do tej pory to dramat – i ludzki, i duchowy. W tym kościele jest płaski strop i na całej przestrzeni stropu rozrysowane są trzy części różańca świętego – radosna, chwalebna i bolesna. W ten namalowany różaniec, po każdej dziesiątce, są wmontowane obrazy – kolejne Tajemnice. Krzyżyk tego różańca to właśnie ten postrzelany krucyfiks. Sprawiało to na mnie wtedy i sprawia do tej pory ogromne wrażenie. Bo ten wiszący Chrystus jest śladem wojny.

W 1945 roku miałem 10 lat. Poszedłem do szkoły. To była taka szkoła czteroklasowa, w której w jednej sali uczyło się naraz kilka klas. W jednym kącie siedzieli pierwszoklasiści, w innym drugoklasiści. Jedni odrabiali lekcje, inni uczyli się polskiego, jeszcze inni matematyki… Nauka trwała od rana do wieczora. Wszystko było spalone, ale szkoła została. Ogromną zasługę w tym miał mój nauczyciel, pan Marian Godzina, człowiek o dobrym sercu i olbrzymiej wrażliwości. On tę szkołę prowadził wraz z żoną.

W Zbilutce kończyłem szóstą klasę. Miałem wtedy 14 lat. Do siódmej klasy chodziłem do Szumska, sąsiedniej miejscowości – codziennie dwa i pół kilometra pieszo. W 1951 roku skończyłem szkołę, ale bardzo chciałem uczyć się dalej. W tym celu, razem z kolegą, Jerzym Banasikiem, wyruszyłem do Kielc. Ojciec Jerzego prowadził sklep i zajmował się masarstwem, więc dostaliśmy kiełbasę i bułki na drogę. Wyruszyliśmy rano, a do Kielc doszliśmy wieczorem. Przeszliśmy 44 kilometry. Nocowaliśmy w szkole, na schodach, bo nie było gdzie się zatrzymać. Na drugi dzień były egzaminy do Liceum Technik Plastycznych. Udało się. Zostałem przyjęty i byłem bardzo szczęśliwy. Potem, znowu pieszo, wróciliśmy do domu.

Nauka w liceum trwała 5 lat. Szkoła mieściła się na rogu Buczka i Czarnowiejskiej, pół kilometra od dworca. Teraz nie ma już tej szkoły. Kielce i szkoła bardzo mnie zmieniły. W liceum wykonałem kilka pierwszych swoich rzeźb – „Psa”, „Kota”, „Targ”, „Praczkę” i „Dziewczynę z dzbanem”. Mój nauczyciel, Stanisław Stawowy sfotografował moje rzeźby i pochwalił. Byłem zadowolony.

W tamtych czasach dzięki mojemu koledze, Feliksowi Pióro, trafiłem do pana Józefa Szałańskiego. Był to malarz, który świetnie znał się na sztuce. Doskonale orientował się nie tylko w malarstwie, ale również w rzeźbie, w technikach budowlanych i rekonstrukcjach. Feliks pomagał Szałańskiemu remontować kościół. Kiedyś zaproponował mi, abym przyszedł zobaczyć co oni tam robią, jak to wszystko wygląda. Zgodziłem się. Bardzo szybko ja również zostałem pomocnikiem pana Szałańskiego. I przez całe wakacje pracowałem przy remoncie kościoła, wykonując różnego rodzaju prace. To był 1951 rok. Jeszcze nie skończyłem pierwszej klasy liceum, a już zacząłem pracę. Początkowo robiłem takie podstawowe rzeczy, czyściłem, kitowałem, szlifowałem grunty. To wszystko jakoś szybko biegło, i z czasem wykonywałem coraz bardziej odpowiedzialne prace. Wszystko próbowałem robić tak, jak mi pokazywał Szałański. W następnym roku również całe wakacje pracowałem. Robiliśmy całą polichromię kościoła z XVI wieku w Łagowie (9 kilometrów od mojego rodzinnego domu). Wstawałem codziennie o 4 rano, a o 6 już byłem w pracy. I wieczorem wracałem znowu 9 kilometrów do domu. Tak chodziłem przez całe wakacje. Zrobiłem wtedy (już samodzielnie) węglem, rysunek św. Franciszka. Narysowałem też dwa kartony, a następnie namalowałem Matkę Bożą i św. Jana – na łuku tęczowym. Te figury już nie istnieją, zostały usunięte podczas konserwacji kościoła.

Kielce wywarły na mnie dobre wrażenie, pomimo że był taki dryl, trochę na wzór wojskowego. Pobudka, mycie, zbiórka, apel, jedzenie – na wszystko wyznaczony określony czas. Potem nauka własna, odrabianie lekcji, pogadanki i różnego rodzaju zajęcia. To był system bardzo jednoznacznie określający wychowanie człowieka. Musiałem się temu podporządkować.

Żeby wyjść ze szkoły, czy z internatu, trzeba było mieć specjalną przepustkę. Tylko w niedzielę można było się wyrwać. Najczęściej kierowałem się do katedry Biskupów Kieleckich.

W trzeciej klasie była awantura. Coś mi tam nie wyszło, coś zawaliłem, i wicedyrektor Tadeusz Kukla mówi do mnie: „No to, zbieraj się i jedź po matkę, i z matką przyjeżdżaj”. Odmówiłem. Moja mama nie przyjechała. Z czasem cała sprawa ucichła. Rok po roku jakoś przechodziłem z klasy do klasy i udało mi się szkołę ukończyć, chociaż bez sukcesów, szczególnie w przedmiotach humanistycznych. Ale w plastycznych to jakieś efekty jednak miałem.

Języka polskiego w „plastyku” uczyła mnie pani profesor Helena Massalska, osoba wymagająca, o wielkiej kulturze i wiedzy. Przy omawianiu lektur skupiała się na wielowątkowych problemach. Pokazywała nam, że literatura jest ściśle połączona z plastyką, muzyką, teatrem filmem i z innymi dziedzinami sztuki. Pokazywała jak te wszystkie dziedziny na siebie oddziałują. Prowadzone przez nią lekcje były dla mnie ogromnym przeżyciem. Zawsze kulałem z polskiego. Wolałem coś rzeźbić, rysować, malować. Mogłem robić wszystko, byleby tylko nie czytać. Lubiłem matematykę, z której byłem niezły. I wreszcie piszę maturę, do której ledwo zostałem dopuszczony. Później pani profesor Massalska mówi mi, że była zafascynowana moim wypracowaniem. Na maturze pisałem o impresjach i możliwościach twórczych – to był taki luźny temat, który mi odpowiadał, i jakoś udało się zdać, otrzymałem ocenę cztery plus.

Chciałem studiować w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Egzamin zdałem, lecz nie zostałem przyjęty. To był dramat. Pojechałem do studium nauczycielskiego, do Katowic – ale zostałem tam tylko na trzy miesiące. Potem wróciłem do Krakowa. Nie miałem akademika, nie miałem niczego. Mieszkałem wszędzie gdzie się dało – nawet na dworcu, na ławce. I przetrwałem tak rok. Wtedy zwróciła na mnie uwagę prof. Wanda Ślędzińska, później Jacek Puget, również profesor Akademii. On mi pomógł – zostałem przyjęty na wolnego słuchacza. Zdawałem ponownie i dostałem się bezpośrednio na drugi rok.

Prof. Wanda Ślędzińska prowadziła pracownię po profesorze Dunikowskim i ja się tam u niej znalazłem. Kiedyś mówi do mnie: „Panie Wincenty, będzie Profesor. Chcę pana przedstawić Profesorowi”. Bardzo się ucieszyłem, ale Dunikowski nie przyjechał. I nigdy już go nie poznałem, ale kontakt duchowy mam z nim do dziś. Studiowałem w Akademii do 1962 roku. Dyplom, z wyróżnieniem, zrobiłem w pracowni prof. Ślędzińskiej.

Moją żonę – Krystynę – poznałem na studiach. Dokładnie po drugim roku. Wspólnie przeżyliśmy ponad 50 lat. Moja żona również w 1962 roku obroniła dyplom z malarstwa. Krótko była studentką prof. Zbigniewa Pronaszki, a dyplom zrobiła u Zygmunta Radnickiego. Wspólnie wykonywaliśmy wiele prac w kościołach. Krystyna jest znakomitym malarzem pejzażystą. Doskonałym obserwatorem, obdarzonym dużą wrażliwością i ostrym postrzeganiem. Jest osobą, która pomaga mi dostrzegać pomyłki i błędy, które popełniam, rzeźbiąc. Ma dobre oko. Jest moim pierwszym i najlepszym krytykiem. Darzę ją ogromną miłością, zaufaniem i bardzo liczę się z jej opinią. Mamy dwóch synów – Artura i Krzysztofa. Starszy jest lekarzem, młodszy projektantem.

W pamięci pozostała mi do dziś pierwsza podróż do Wiednia w 1959 roku. To były czasy, w których trudno było wyjechać za granicę. Ogromnie zaskoczyło mnie morze świateł – oświetlone ulice, witryny, domy, architektura sakralna, cały ten przepych i bogactwo. Wtedy jak gdyby spełniły się moje marzenia z dzieciństwa. Zobaczyłem po raz pierwszy wiele rzeczy, o których tylko słyszałem i które oglądałem jedynie na reprodukcjach. Stałem przed dziełami Bruegela, Rubensa i Rembrandta. Nogi się pode mną uginały. To były ogromne przeżycia…

Tak sobie myślę, że tam, w tej mojej wsi, gdyby nie ta decyzja wtedy, żeby pójść, żeby pokonać te odległości, żeby podjąć wysiłek tego egzaminu, żeby jakoś go złożyć, nie byłbym tym, kim jestem teraz. Po pewnym czasie zacząłem budować to swoje widzenie i tę swoją wrażliwość na różnego rodzaju problemy, i duchowe, i fizyczne. A zaczęło się wszystko tam – w Zbilutce.

© 2011, Wincenty Kućma

design: Creator