- Pozwoli Pan Profesor, że na początku rozmowy zarysuję swoją wizję kształtowania się pomysłu na realizację wnętrza kościoła w naszym sanktuarium. Wyobrażam sobie, że przychodził Pan do kościoła, patrzył na puste prezbiterium, białe ściany, a w głowie pojawiały się dziesiątki myśli próbujące odpowiedzieć na pytanie: Jak wypełnić tę przestrzeń? Po powrocie do domu sporządzał Pan szkice i okazywało się, że wizja, która wydawała się doskonała nie spełniała Pana oczekiwań. I znów od nowa…
- Tylko w części wizja księdza pokrywa się z rzeczywistością. Otóż myślałem o wnętrzu kościoła zanim pojawiły się białe ściany. Jestem związany z tym miejscem od czasu, gdy nie było jeszcze kościoła. Zaczęło się od poświęcenia placu pod budowę świątyni. Potem byłem świadkiem rodzenia się ogólnego zarysu projektu kościoła. Następnie uczestniczyłem w jego budowie. Patrzyłem na zalewanie fundamentów, rosnące mury. Taki był zresztą zamysł architekta Janusza Gawora. Chciał, abym od początku uczestniczył w tej realizacji.
- Rozumiem, że już na tym pierwszym etapie budowy rodziły się pomysły związane z wykończeniem wnętrza.
- To znaczy już wtedy pewne rzeczy były oczywiste. Parafia, która powstała, była pod wezwaniem Najświętszej Rodziny. W grę wchodził więc obraz, rzeźba albo jakieś inne rozwiązanie, które przedstawiałoby Jezusa Chrystusa, Matkę Bożą i św. Józefa. Co do tego nie było wątpliwości. Początkowo myślałem o mniejszej skali projektu, choć zdawałem sobie sprawę, że nie można w tak dużej przestrzeni postawić czegoś o niewielkich rozmiarach. W takich dużych realizacjach trzeba wyważyć wielkość, skalę, materiał i napięcia. Osobiście cenię sobie pewną surowość, żeby dzieło nie miało charakteru jakiegoś pozoru. Bardzo zależy mi na prawdzie. Zupełnie nowy rozdział w moim spojrzeniu na wnętrze kościoła powstał w momencie nadania tytułu sanktuarium. To był znak, że tutaj ma się dziać coś ważnego. W sanktuarium zawsze jest jakiś obiekt, który koncentruje życie duchowe. Wtedy pojawiła się w mojej głowie koncepcja, którą nazwałem Rodzina Rodzin. [Profesor pokazuje mi kalendarze książkowe z różnych lat. To swoista dokumentacja jego artystycznych poszukiwań. Niemal na każdej stronie znajdują się rysunki. Wśród nich znaczną część zajmują szkice przedstawiające Świętą Rodzinę z Nazaretu].
- Patrząc na rysunki Świętej Rodziny, łatwo zauważyć, że każdy kolejny przedstawia wizję realizowania z większym rozmachem. W którym momencie miał Pan gotowy projekt?
- Generalnie ta koncepcja rodziła się w bólach. Powiem szczerze, że wiązało się to z wieloma rozterkami i wysiłkiem. Takiej wewnętrznej mobilizacji. Ciągła refleksja i skupienie. Stale szukałem duchowego wsparcia ze strony Świętej Rodziny i Ducha Świętego. Nie było to po prostu łatwe. Realizowałem takie projekty, w których prawie od razu wiedziałem jak ma wyglądać całość. Tak było przy realizowaniu wnętrz kościołów w Krościenku, Strzelcach Wielkich czy Irkucku. Tu, w Nowym Bieżanowie, były też pewne zawirowania, gdy przedstawiłem swoją koncepcję komisji artystycznej. Nie było tam jednomyślności co do mojego projektu. Nawet na pewien okres wyłączyłem się z pracy projektowej.
- Powiedział Pan o swojej koncepcji Rodziny Rodzin. Czy spojrzenie na człowieka przez aspekt wspólnoty to jest jedyny klucz czytania Pana dzieła?
- On jest podstawowy. Punktem odniesienia jest Rodzina z Nazaretu. Stojąc przed ołtarzem przyglądamy się tej rodzinie, ale też jakby przeglądamy się w niej. Ona jest modelem, w który powinniśmy wpisać swoje własne rodziny. W ołtarzu odnajdziemy także inne wspólnoty. Jest dalsza rodzina Jezusa Chrystusa – jego babcie i dziadkowie. Jest tam rodzina zakonna, rodzina polskich świętych, współczesna rodzina wielodzietna. Ten ołtarz to wielka księga życia, która od Adama i Ewy przez Patriarchów i Proroków do współczesnych świętych podkreśla, że jako ludzkość tworzymy jedną wspólnotę, której centralną postacią jest Adam – Jezus Chrystus. Chcę zwrócić uwagę, że na ołtarz przedstawiający Świętą Rodzinę i grono kilkudziesięciu świętych należy patrzeć w kontekście innych elementów znajdujących się w kościele. Punktem centralnym jest tabernakulum. (W tej chwili jest zdemontowane, ale ja przez cały czas oczami wyobraźni widzę go w centrum). Złote promienie podkreślają, że w tym miejscu jest obecny żywy Jezus Chrystus. Wiele treści symbolicznych wiąże się z postacią gołębicy i krzyżem w łuku tęczowym. To chyba najbardziej pomijany element wystroju wnętrza.
- Może dlatego, że jest zawieszony bardzo wysoko i aby go zobaczyć, trzeba podnieść głowę.
- Być może. W każdym razie warto się nieco wysilić, ponieważ krzyż jest kluczem rozwiązania tej koncepcji. Zresztą on powstał pierwszy. Z wysokości krzyża spływa na nas odkupienie. W nim zawarte są wszystkie kluczowe kwestie związane z ludzkim życiem: śmierć, cierpienie, opuszczenie. Na krzyżu wszystko się dokonuje i rozwiązuje. Problemy, nadzieje i różne wątpliwości. Tam człowiek znajduje kopalnię możliwości przyjrzenia się różnym sprawom w swoim życiu. Nawiasem mówiąc ukrzyżowanie, to mój przewodni i, jeśli można tak powiedzieć, ulubiony temat. Patrząc na krzyż w sanktuarium nie zatrzymujemy się na nim zbyt długo. Wzrok opada na dół, w stronę mensy ołtarza. Podstawa stołu eucharystycznego przedstawia krzew gorejący. To nawiązanie do spotkania Pana Boga z Mojżeszem. Pamięta ksiądz, co wtedy powiedział Pan Bóg?
- Zdejm sandały, gdyż miejsce na którym stoisz jest święte.
- Takim miejscem świętym jest każdy kościół, zwłaszcza ołtarz. Tak jak wtedy z Mojżeszem, tak dzisiaj przez sakrament Eucharystii Bóg spotyka się z człowiekiem.
- Ten krzew gorejący odnajdujemy w górnej części ołtarza, nad postaciami Świętej Rodziny.
- Tam nie ma krzewu. Tam jest ogień. Krzew cały czas płonie. Ogień, obok wody, to żywioł, który zajmuje szczególne miejsce w naszej kulturze chrześcijańskiej. Ogień to życie, ale i śmierć. To oczyszczenie, ofiara, światło.
- Czyli patrząc na ołtarz warto oczami wyobraźni widzieć ogień.
- On jest nośnikiem podstawowym, ponieważ nawiązuje do ofiary, która ma miejsce na ołtarzu. Ogień jest przecież symbolem miłości. Właśnie z miłości Bóg składa się w ofierze. Wszystkie te elementy począwszy od krzyża, przez stół ofiarny i ołtarz Świętej Rodziny przypominają o miłości Boga do człowieka. Chcę jeszcze wspomnieć o jednym elemencie, którego w tej chwili nie ma. To ambona, na której będą umieszczone tablice Mojżesza i księga Ewangelii. Planuję, aby słowa przykazań zamienić w język wizualny. To będzie taka biblia pauperum. Wydaje mi się, że będzie to korzystne dla pełniejszego odbioru treści Dekalogu.
- Mówi Pan o ołtarzu – Rodzina Rodzin. Chyba nie sposób, żeby w tym projekcie nie znalazła odbicia Pana rodzina?
- Jedno jest pewne: Twórca zbiera to wszystko co jest w jego myślach i sercu, ale również to, co dzieje się wokół niego. Nie sposób więc, żeby moja rodzina, w której się wychowałem i ta, którą założyłem, jakoś nie determinowały moich dzieł. Taki najbardziej widoczny ślad to wielodzietna rodzina na dole ołtarza. Sam jestem siódmym dzieckiem.
- Czy zainteresowanie rzeźbą wyniósł Pan z domu rodzinnego?
- Nie, choć dość wcześnie interesowałem się ogólnie pojętą sztuką. Na początku malowałem kopie obrazów. Potem, jeszcze przed liceum, pomagałem mistrzowi Józefowi Szałańskiemu z Opatowa przy remoncie wnętrza w swoim kościele parafialnym. Malował ściany i uzupełniał budowę bocznych ołtarzy. Zaraził mnie tą pasją tworzenia, dlatego wybrałem liceum plastyczne w Kielcach. Pójście z mojej wsi do Kielc, aby zdać do szkoły średniej, to był odważny krok. Potem nie od razu dostałem się na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Wtedy na ASP było osiem albo dziesięć miejsc na trzydziestu sześciu kandydatów. W końcu się udało.
- Czy okres studiów, bądź co bądź na specyficznej uczelni jaką jest Akademia Sztuk Pięknych, wpłynął na Pana życiowe wybory?
- To prawda, środowisko ASP jest niewątpliwie specyficzne. Ma swoją skazę. Dodam, że był to przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Człowiek chcąc nie chcąc przesiąkał tamtą atmosferą. Pamiętam liczne dyskusje, ale i masówki. Często były to takie psychiczne męczarnie. Po studiach przeżywałem nawet taki ogólny kryzys. Nie bardzo wiedziałem, w którą stronę powinienem podążać. Światło i wewnętrzny spokój przyszły dużo, dużo później.
- Nie jestem znawcą sztuki i trudno mi opisać Pana rzeźby. Niedoświadczonym okiem zauważam odejście od realizmu, oddane m.in. przez wyraźnie zarysowaną strukturę pracy dłuta. Jest też duża dbałość o wytworzenie pewnego nastroju…
- Struktura pracy dłuta jest tylko jednym z drobnych elementów. Bardziej istotna jest ekspresja formy. Przez bryłę, tektonikę, strukturę, układ form i wielu elementów. Wszystko razem musi być spójne i zgodne z jakimś założeniem.
- To założenie jest obecne w myślach twórcy, ale odbiorcy mają nieraz duży problem w zrozumieniu intencji artysty. Może dlatego cenią sobie realizm.
- Odpowiem w ten sposób: w 1998 roku realizowałem pomnik Jana Pawła II w Sochaczewie. Rzeźbę podporządkowałem papieskiemu przesłaniu: Otwórzcie drzwi Chrystusowi! (Słowa te są napisane na podstawie pomnika). Cała postać Jana Pawła II ma kontakt z tym przesłaniem. Jest tam powaga i zamyślenie związane z tym zdaniem, które przecież jest kluczowe dla chrześcijaństwa.
- Zatem niepotrzebne jest idealne odwzorowanie postaci.
- Oczywiście. Proszę zresztą zauważyć, że obecnie, przy dyskusji na temat pomników Jana Pawła II podstawowy zarzut nie dotyczy braków rzemieślniczych. Te postaci w miarę wiernie odwzorowują Jana Pawła II. Brakuje im jednak koncepcji i przesłania.
- Obecnie prace przy ołtarzu zmierzają ku końcowi. Prawie wszystkie postaci są już ukończone. Co jeszcze pozostało do zrobienia?
- Po zakończeniu rzeźbienia całość będzie woskowana, a niektóre elementy srebrzone bądź złocone. Trzeba jeszcze odpowiednio ustawić światło. To szeroki zakres prac, który wymaga zaangażowania wielu osób. W ogóle chciałbym zaznaczyć, że praca przy tym ołtarzu, już od momentu przygotowania drewna, to wysiłek wielu osób: stolarzy, rzeźbiarzy, artystów. Sam nie byłbym w stanie temu podołać.
- Ołtarz w naszym sanktuarium dołącza do licznych rzeźb i projektów, które Pan zrealizował. Ostatnio interesowaliśmy się pracami nad Ołtarzem Trzech Tysiącleci na Skałce. Które z nich Pan wspomina szczególnie ze względu na rozmach prac albo inne okoliczności?
- Trudno te prace zestawić. Ich skala pod każdym względem jest inna. Są prace takie jak medale, statuetki, grafiki, witraże i całe wnętrza kościołów. Najbliższe jest to nad czym pracuję aktualnie. Mam taką zasadę, że w momencie, gdy zakończy się jakiś etap pracy, zwłaszcza, gdy np. rzeźba jest poświęcona i oddana na służbę, do której Pan Bóg mnie powołał. Rezultaty nie zawsze są takie, jakbym chciał, choć do każdego dzieła przykładam maksymalną energię, wyobraźnię, wysiłek fizyczny, intelektualny, duchowy. Zawsze proszę o pomoc Pana Boga. Bez tego człowiek nic by nie dokonał. Wiem, co mówię. Wiele razy już leżałem w szpitalu.
- W różnych dziedzinach sztuki nie ma zgody na podział na sztukę religijną i świecką. Raczej mówi się o motywach czy inspiracjach. Jaka jest różnica, gdy stoi Pan przed dużym kawałkiem drewna, z którego ma powstać św. Józef, a kawałkiem drewna z którego powstanie żołnierz Powstania Warszawskiego?
- Nie ma żadnej różnicy. Jeśli chodzi o ścisłość ten pomnik Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich w jakimś sensie jest ołtarzem. Tam co roku odbywa się Msza Święta.
- To może inny przykład.
- Żaden przykład nie będzie dobry dlatego, że sztuka zawsze rozwiązuje problem od strony intelektualnej czy intymnej. To jest jeden z jej najważniejszych wyróżników. Różna jest tylko tematyka tych problemów. Jeśli ja rysuję [Profesor pokazuje szkice w kalendarzu] – wydawałoby się, czystą abstrakcję, to czy jest tu zawarta jakaś moja idea? Oczywiście, że jest. Niczym się nie różni ta praca od anioła, który jest tutaj obok. Jest tylko inny język. Może trochę bardziej trudny. Trzeba więcej wysiłku, żeby znaleźć układ rytmów, nasilenia działań form. Kreska jest jak słowo. Podział na sztukę świecką i religijną jest również niezasadny z innego powodu. Człowiek jest przecież jednością. Nie jestem inny w pracowni, w kościele, w teatrze, w domu przy obiedzie. Podział świata na sacrum i profanum jest niebezpieczny. Sprzyja to takiemu rozdwojeniu jaźni i wchodzeniu w różne role. Teraz jestem w roli rzeźbiarza, a za chwilę będę w roli chrześcijanina. Taka sytuacja to absurd.
- W październiku otrzymał Pan złoty medal „Zasłużony kulturze – Gloria Artis”. Uwzględniając to, oraz inne odznaczenia, a także dorobek, można myśleć o spokojnym czasie emerytury. Czy tak Pan planuje swoją przyszłość po ukończeniu prac w Nowym Bieżanowie?
- Powinienem odpocząć. To był trudny czas. Rzeźbiąc elementy ołtarza zostałem zaproszony do konkursu ołtarza na Skałce. Przyjąłem to zaproszenie i wygrałem. To była duża mobilizacja. Po Nowym Bieżanowie, w maju, muszę skończyć wystrój prezbiterium w kościele w Olkuszu. Tam głównym elementem jest rzeźba Chrystusa Dobrego Pasterza. Bardzo chciałbym, o to się modlę, ukończyć dwie stacje Drogi Krzyżowej w Pasierbcu. Wracając do pytania o szczególną moją pracę, ta w Pasierbcu na pewno jest wyjątkowa. To najważniejsze moje rozważanie przede wszystkim ze względu na temat – Droga Krzyżowa. Wyjątkowość związana jest również z długim czasem realizacji. Pierwszą stację wyrzeźbiłem piętnaście lat temu. Jest w nich zawarta znaczna część mojej drogi życia. Kiedyś mój kolega, historyk sztuki, Józef Wroński zawiózł przyjaciela do Pasierbca. Zatrzymali się przy piątej stacji. W roli Szymona z Cyreny występuje Jan Paweł II. To bardzo sugestywny obraz towarzyszenia. Kolega zostawił przyjaciela przy tej stacji. Ten uklęknął i pozostał tam dłuższą chwilę. Potem podszedł do kolegi i powiedział ze łzami w oczach: – Dobrze, żeś mnie tu przywiózł.
- Taki odbiór dzieła to dla Pana, jako autora, chyba ważny znak.
- Jest też stacja przybicia do krzyża. Ciekawa jest reakcja niektórych ludzi. Próbują wyrwać i wyrzucić młotek. To sygnał współczucia, a z drugiej budzenia się nowego spojrzenia. Gdy docierają do mnie takie sygnały, czuję, że moja praca jest potrzebna, że ma sens.
- Najważniejszy jest ogień. Z prof. Wincentym Kućmą rozmawia ks. Tomasz Nowak, [2008].
© 2011, Wincenty Kućma
design: Creator